Start

Get your dropdown menu: profilki

Slider

#htmlcaption1 #htmlcaption2 #htmlcaption3 #htmlcaption4 #htmlcaption5

wtorek, 22 listopada 2016

O ulubionych autorach, fanboyach, pojęciu idola i kulcie celebryty

Ludzie potrzebują kogoś, na kim mogą wzorować się lub wielbić. Takie postępowanie widzimy od zarania dziejów, aż do teraz. Przybiera to różnego rodzaju formy: od kultu religijnego poprzez zapatrzenie w sportowców lub muzyków. Oczywiście wielkość tego uwielbienia przybiera różne nasilenie. W skrajnych przypadkach jest ono fanatyczne. Nie chcę na tej stronie wdawać się w filozoficzną i psychologiczną dyskusję na temat takiego postępowania naszego gatunku. Po prostu pomysł na poniższy tekst przyszedł mi na myśl w momencie, w którym PowerMilk ogłosił, że organizuje dzień dla swojego ulubionego autora – Bruno Cathala. Dało mi to do myślenia. Czy ja też mam swojego idola w świecie planszówkowym? Co to dla mnie oznacza? Czy w ciemno kupuję i staram się polubić jej lub jego gry? Mniej więcej takie pytania kołatały mi się po głowie...


Patrząc na moje półki z kolekcją gier planszowych, nie można jednoznacznie stwierdzić, że zbieram gry autorstwa jednej osoby. Z ciekawości zerknąłem na statystyki BGG. Tam, ku mojemu zdziwieniu, wykazało, że w kolekcji mam najwięcej (sześć) tytułów Uwe Rosenberga. Czy to znaczy, że jestem jego fanem i ze zniecierpliwieniem czekam na jego kolejne gry? W żadnym wypadku. To dlaczego mam ich tyle w kolekcji? Po prostu tworzy on zazwyczaj (Hengist!) dobre gry. Jednak z całą pewnością nie czuję potrzeby zebrania i zagrania we wszystkie z nich. Czy jest ktoś taki, kogo rozważyłbym i spróbował zgromadzić wszystkie jego tytuły? Jak najbardziej! Osoba ta zajmuje drugie miejsce po względem liczby gier jednego autora w moim domu. Jest to Phil Eklund.
W momencie pisania tego tekstu mam na swoich półkach 5 jego gier: Greenland, Neanderthal, High Frontier, BIOS: Megafauna oraz Pax Porfiriana. Nie licząc tegorocznych nowości (Pax Renaissance, BIOS: Genesis) i gier, które miały małe nakłady, przeważnie tylko w USA w latach dziewięćdziesiątych (około 15 tytułów, które raczej są nieosiągalne), można powiedzieć, że na chwilę obecną nie mam jednej gry autorstwa Phila Eklunda w domu – Pax Pamir.

Co z tym Philem?
Jeżeli czytaliście moje recenzje gier jego autorstwa, to wiecie, że przede wszystkim przyciąga mnie do nich naukowe podejście do projektu gry. Może nie tyle naukowe, a  raczej teoretyczno-edukacyjno-filozoficzne. Naprawdę trudno to wszystko opisać. Staje się to w miarę jasne, kiedy przeczytamy jakąkolwiek jego instrukcję ze wszystkimi przypisami.
Jego gry poruszają nietypowe historyczne lub naukowe tematy. Dzięki temu, oczywiście jeśli sami jesteśmy ciekawi świata, dowiadujemy się interesujących faktów. Co więcej możemy przy okazji dobrze bawić się, rozgrywając partię w jedną z jego gier. Dodatkowo mechanizmy zawarte w danym tytule bardzo ładnie odzwierciedlają to, co miało lub mogłoby mieć miejsce w rzeczywistości. To kolejny fascynujący aspekt jego gier. Stara się on odpowiedzieć na pytanie „co by było gdyby…”. Weźmy na przykład Pax Porfiriana – grę o walce o władzę w Meksyku na początku XX wieku. Całkiem niedawno obejrzałem, prawdę powiedziawszy pierwszy lepszy z brzegu, dokument o rewolucji w tym kraju w tamtych czasach. Muszę przyznać, że detale włożone w grę oraz odwzorowanie w mechanizmach tamtych krwawych i szalonych czasów są po prostu rewelacyjne. Wywindowało to jeszcze bardziej Pax Porfiriana w moich oczach.

Czy jestem fanboyem?
Według wszechwiedzącego www.urbandictionary.com, fanboy to osoba wręcz fanatycznie oddana jakiemuś tematowi z geekowej kultury. Czy jestem w związku z tym fanboyem gier Phila Eklunda, czy też jego samego? Nie sądzę. Gdyby tak było, to na każdy aspekt jego twórczości patrzyłbym przez różowe okulary i nie widział negatywnych rzeczy. Tak nie jest i nie ukrywam, że jestem troszeczkę zawiedziony jego zeszłoroczną grą – Neanderthal. Szerzej o tym oczywiście pisałem w recenzji i jak widać, na siłę nie broniłem tej gry, która po prostu mniej mi przypadła do gustu, w porównaniu do innych tytułów.
Jednak nie zmienie to faktu, że gdy byłem na targach w Essen, to pozwoliłem sobie zrobić zdjęcie z Panem Eklundem, jak i innymi autorami gier lub przedstawicielami naszego światka. Chwilę sobie pogadaliśmy i w zasadzie tyle – nie miałem żadnej presji, żeby przeciągać to spotkanie. Można powiedzieć, że „o, kolejna rzecz w moim życiu, którą zrobiłem, bo miałem taką ochotę”.

Czy jest ktoś jeszcze?
Wracając do tematu, to czy jest jeszcze ktoś, na kogo gry czekam? Można powiedzieć, że jest to wydawnictwo Ragnar Brothers. Ich gry również są w pewnym stopniu fascynujące. Również starają się poruszać nietypowe tematy, mają ciekawe mechanizmy i czasami są lekko nasiąknięte brytyjskim humorem. W chwili obecnej w domu mamy ich cztery tytułu, z czego dwa „duże” - DRCongo i Nina & Pinta, są według nas rewelacyjne... i też mam z nimi zdjęcie ;-)

To w zasadzie tyle, jeżeli chodzi o moich „idoli” ze świata gier planszowych. W planszówkach szukam różnorodności: czy to mechanizmów, czy tematów. Nie ma dla mnie większego znaczenia, kto daną grę zaprojektuje lub jakie wydawnictwo ją wyda. Może to zaprzecza temu, co przed chwilą napisałem, ale jakby wszystkie wspomniane wyżej gry zaprojektowali różni ludzie, to również miałbym je w kolekcji.

Fan, a fanatyzm
W tym momencie odbiegnę trochę od tematu gier planszowych i skupię się na mojej opinii na temat bycia fanem. W mojej młodości, w szkole podstawowej miałem fazę, w której dość fanatycznie podchodziłem do jednej postaci – był nią J.R.R. Tolkien. Musiałem wszystko przeczytać i wszystko wiedzieć, zwłaszcza o Śródziemiu. Można powiedzieć, że przybrało to wówczas dość fanatyczny obrót. Niemniej człowiek dorasta i jego pogląd na świat zmienia się. W chwili obecnej mogę powiedzieć, że jestem fanem uniwersum Warhammera, Świata Mroku, Star Treka, muzyki metalowej, płyt winylowych, Formuły 1 i wielu innych rzeczy, w tym oczywiście gier planszowych. Nie mogę jednak powiedzieć, że muszę wszystko wiedzieć o danym uniwersum, jechać za wszelką cenę na jakiś zlot Trekkies, wyścig F1 lub koncert jakieś kapeli. Jeśli nadarzy się taka okazja, to oczywiście z niej skorzystam. Jednak nie czuję presji w głowie związanej z tymi aspektami, jak i również nie planuję urlopu wokół takowych wydarzeń. To również dotyczy naszego światka gier planszowych i poniekąd dlatego nie zobaczycie, ani mnie, ani Sylwii na wielu konwentach, na których mogą pojawić się jakieś „gwiazdy”.
Już od dłuższego czasu, postawa niektórych fanów mnie po prostu śmieszy. Naprawdę nie rozumiem, jak można szukać i czytać jakieś plotki o mniejszych lub większych celebrytach. Co to daje ludziom? Jaki jest sens ich naśladowania? Mamy swoje życie, więc powinniśmy sami coś z nim zrobić, a nie patrzeć się na innych. Naprawdę chciałbym to zrozumieć, bo według mnie zachowanie niektórych fanów lub kibiców po prostu nie wygląda zdrowo. Dziwi mnie kultowy status osób lub rzeczy, a jeszcze bardziej oddawanie im hołdu we wszelaki sposób. Oczywiście można powiedzieć, że zapewniają nam oni rozrywkę, ale czy to oni są dla nas, czy my dla nich? A może pisząc te słowa jestem hipokrytą, bo nieświadomie sam tak robię? Hmm... Jednak ponownie wkraczam na wywody filozoficzno-psychologiczne, a nawet ekonomiczne. Chyba strona poświęcona grom planszowym, nie jest na to odpowiednim miejscem, prawda? ;-)
A co wy o tym wszystkim myślicie? Macie jakiś ukochanych autorów gier planszowych?

Tomasz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz